Dzienniki podróżnicze

O notatkach studentów

W grupie Diatłowa prowadzono dziennik wyprawy, dzięki któremu znamy przebieg zdarzeń do dnia poprzedzającego tragedię. Osobne dzienniki prowadzili także Kołmogorowa, Dubinina, Zołotariow oraz Kolewatow (Juri Judin twierdził, że na pewno prowadził on swój dziennik, jednak jego los jest na razie nieznany). Poniżej znajduje się przetłumaczony z j.rosyjskiego na j.polski, główny, grupowy dziennik podróżniczy Diatłowców.

Warto zaznaczyć, że notatniki Diatłowców były pisane w sposób chaotyczny i nieuporządkowany. Należy pamiętać, że pisały je bardzo młode osoby. Tekst został przetłumaczony w sposób wierny, z zachowaniem cech oryginalnego tekstu.


Piątek - 23/01/1959

Igor Diatłow, Nikołaj Thibeaux-Brignolle.

Znowu jesteśmy w drodze!
Siedzimy w pokoju numer 531. W zasadzie to nie siedzimy, a w szaleńczym tempie pakujemy do plecaków płatki owsiane, puszki i konserwy mięsne. Dyżurny stoi i sprawdza czy wszystko wzięliśmy.
Gdzie są moje walonki? (Walonki to tradycyjne, rosyjskie, ciepłe obuwie zimowe)
J.K. (Jurij Kriwoniszczenko), będziemy grać na mandolinie w pociągu? Oczywiście!
Zapomnieliśmy soli. Trzy kilogramy.
Igor! Gdzie jesteś? Gdzie jest Doroszenko? Dlaczego nie zabrał dwudziestu paczek? Dajcie piętnaście kopiejek, szybko!
Waga, gdzie jest waga? Nie pasuje, czort! Kto ma nóż? Jurij, weź na stację.
Przyszedł Slavka Halizov.
Cześć, cześć! Daj piętnaście kopiejek!
Ljuda liczy pieniądze, dużo pieniędzy. W pokoju panuje artystyczny nieład.
No i jesteśmy w pociągu! Śpiewamy dużo, dużo piosenek. Uczymy się też nowych.
Wszyscy poszli spać o 3 w nocy. Zastanawiam się co nasz czeka podczas tej wyprawy, czy wydarzy się coś nowego?
Tak, chłopcy przysięgli, że nie będą palili podczas całej wyprawy. Jestem ciekawa jak długo wytrzymają. Wszyscy zasypiają, a za oknami wstaje uralska tajga.

Zina Kolmogorowa


Sobota - 24/01/1959

Zinaida Kołmogorowa.

7:00 - dojechaliśmy do Sierowa. Jechaliśmy z grupą Blindowa. Mają sprzęt do polowań i inne akcesoria. Na dworcu spotkaliśmy się z niegościnnością. Nie wpuścili nas do poczekalni, milicjanci patrzyli się podejrzliwie. W mieście spokojnie. Żadnych oznak wykroczeń i naruszeń. Tak właśnie powinno być w komunizmie.
Kriwo zaczął śpiewać. W jeden moment milicjanci schwytali go i zabrali.
Sierżant przypomniał obywatelowi Kriwoniszczenko, że paragraf trzeci zabrania jakiejkolwiek aktywności zakłócającej spokój pasażerów na dworcu. W związku z tym zaprzestaliśmy śpiewania piosenek.
Do wieczora wszystko się wyjaśni. Z Sierowa do Ivdiel wyruszamy o 18:30. W szkole podstawowej przy dworcu przywitali nas i ugościli bardzo ciepło. Dyżurna (ona jest także dozorczynią) zagotowała dla nas wody i pomogła nam ze wszystkim co potrzebowaliśmy do podróży.
Mamy cały dzień wolny. Chcemy iść do miasta zobaczyć muzeum przyrodnicze albo zwiedzić fabrykę, ale za dużo czasu poświęciliśmy na szykowanie sprzętu i czyszczenie go.
12:00 - w szkole, w przerwie między pierwszą a drugą zmianą zorganizowaliśmy spotkanie z uczniami. Przyszło ich dużo... bardzo dużo... i wszyscy tacy ciekawi.
Zołotariow:
"Dzieci... my Wam powiemy... turystyka bywa... daje możliwość..." Wszyscy siedzą cicho, słuchają.
Zina Kolmogorowa:
"Tra ta ta ta... jak masz na imię? Gdzie byłaś? Świetnie! I mieszkali w namiotach! I minęło, minęło!".
Pytania się nie kończyły... Musieliśmy wyjaśnić i pokazać wszystko każdemu dziecku od latarki do namiotu. Zajęło to nam dwie godziny i dzieci nie chciały nas wypuścić! Śpiewały piosenki. Na dworcu żegnała nas cała szkoła. Wszystko skończyło się tak jak planowaliśmy, kiedy wyjeżdżaliśmy. Dzieci płakały i błagały Zinę, żeby z nimi została. Obiecały zachowywać się i uczyć dobrze.
W wagonie pewien pijany młodzieniec oskarżył nas o kradzież gorzałki z jego kieszeni. Po raz drugi tego dnia mieliśmy do czynienia z milicją.
Dyskusja o miłości sprowokowana przez Zinę Kolmogorową. Pieśni, przegląd. Dubinina pod siedzeniem, czosnek z chlebem bez wody i około 24 dojechaliśmy do Ivdiel.
Bardzo duża poczekalnia. Pełna swoboda działania. Zmienialiśmy warty całą noc. Autobus do Wiżaju rusza wcześnie rano.

Jurij Judin


Poniedziałek - 26/01/1959

Grupa Diatłowa oraz drwale. Sektor 41.

Spaliśmy w tak zwanym hotelu. Po dwie osoby na łóżku. Sasza K. (Aleksander Kolewatow) i Kriwo (Jurij Kriwoniszczenko) spali na podłodze pomiędzy łóżkami. Wstaliśmy o 9:00 rano. Wszyscy spali dobrze pomimo faktu, że zostawiliśmy otwarte okno i w pokoju zrobiło się chłodno. Temperatura na zewnątrz -17 stopni C.
Rano nie gotowaliśmy wody. Drewno było wilgotne. Wieczorem zagotowanie wody zajęło nam 6 godzin. Na śniadania zjedliśmy gulasz i wypiliśmy herbatę w jadalni.
Kiedy podali nam chłodną herbatę, Gosja (Igor) Diatłow powiedział, uśmiechając się: "Jeśli herbata jest chłodna, to wypij ją na ulicy to będzie ciepła". Oryginalna myśl.
Dogadaliśmy się i do sektora 41 jedziemy ciężarówką. Wyjechaliśmy o 13:10, dotarliśmy o 16:30. Nieźle zmarzliśmy jadąc na kipie GAZa-63.
Kiedy jechaliśmy, śpiewaliśmy piosenki, rozmawialiśmy o miłości, przyjaźni, problemach i leczeniu raka.
W sektorze 41 zostaliśmy przywitani gorąco, dostaliśmy osobny pokój w kwaterze. Dużo rozmawialiśmy z miejscowym pracownikami (drwalami). Pamiętam dokładnie jednego, rudobrodego. "Broda" - tak go nazywali jego towarzysze.
"Ogniew" to stary przyjaciel. Jest opisany w prywatnym pamiętniku Ljudmiły Dubininy.
Obiad został podany, zjedliśmy go i teraz odpoczywamy. Podzieliliśmy się na dwi grupy. Jedni oglądają film w sąsiednim pokoju, a drudzy siedzą na plecakach i sprawdzają. Rustik (Rustem Słobodin) gra na mandolinie i rozmawia z Koliją (Nikołaj Thibeaux-Brignolle), a ja w ten czas sprawdzę swój sprzęt.

Jurij Kriwoniszczenko


Poniedziałek - 26/01/1959

Nikołaj Thibeaux-Brignolle.

Nie mogę. Chociaż próbowałem.

Nikołaj Thibeaux-Brignolle


Wtorek - 27/01/1959

Ludmiła Dubinina, Siemion Zołotariow, Zinaida Kołmogorowa.

Pogoda była dobra. Wiatr wiał w plecy. Dogadaliśmy się z miejscowymi, że do drugiej północnej osady dowiozą nas konno. Z 41 sektora tam, są 24 kilometry. Pomogliśmy dziadkowi Sławie rozładować siano i czekaliśmy na konia (poszło więcej siana i drewna). Czekaliśmy aż cztery godziny.
Zaczęli śpiewać piosenki. Jeden chłopak śpiewał pięknie. Usłyszeliśmy kilka zabronionych piosenek, za które można iść do więzienia (artykuł 58 - zbrodnie kontr-rewolucyjne). Ogniew powiedział Igorowi jak znaleźć chatę, w której możemy spędzić noc. Byliśmy tam o 16:00. Wcześniej kupiliśmy cztery bochenki chleba. Miękki, ciepły chleb. Dwie sztuki zjedliśmy.
Koń jest bardzo powolny. Co za ulga iść bez plecaków. Poruszamy się z prędkością 8 kilometrów na dwie godziny (rzeka Uszma).
Robi się ciemno. Opóźnienie powoduje koń. Jurij Judin wciąż jest z nami. Nagle zachorował i nie może iść z nami dalej. Chce zebrać trochę minerałów na Uniwersytet i zawrócić.
2-ga północna to opuszczona, geologiczna osada z 2025 domami. Tylko jeden nadaje się do życia. W kompletnej ciemności odnaleźliśmy wioskę i chatę. Rozpaliliśmy ogień z drewnianych desek. Piec się zadymił. Kilka osób skaleczyło się o stare gwoździe. Wszystko jest w porządku. Oto i koń podszedł. Rozmawialiśmy i żartowaliśmy do 3:00 nad ranem.

Doroszenko


Środa - 28/01/1959

Igor Diatłow, Jurij Judin, Ludmiła Dubinina.

Rano zbudził nas hałas Jurki Kri (Jurij Kriwoniszczenko) i Saszy Kolewatowa (Aleksander Kolewatow). Pogoda póki co się do nas uśmiecha. Na zewnątrz - 8 stopni C.
Śniadanie i czas na czele z Jurim Judinem, naszym inspektorem-geologiem, pójść poszukać lokalnych minerałów do kolekcji. Niczego z wyjątkiem pirytu (minerał żelaza z gromady siarczków) oraz żyły kwarcowej (kryształek górski) w skale nie udało się znaleźć. Dużo czasu zabrało ustawianie i woskowanie nart. Jurij Judin wraca dziś do domu. Szkoda, że nas zostawia. Szczególnie dla mnie i Ziny, ale nic nie poradzimy.
Zaczęliśmy o 11:45. Idziemy w górę rzeki Łozwy. Każdy toruje szlak przez 10 minut. Grubość śniegu w tym roku jest znacznie mniejsza niż w przeszłości. Często zatrzymujemy się i zeskrobujemy mokry śnieg ze spodu nart (ze ślizgu). Jurka Kri (Jurij Kriwoniszczenko) idzie z tyłu i szkicuje trasę. Brzeg rzeki w pobliżu 2-giej północnej (chodzi o osadę, gdzie nocowali), a w szczególności prawy brzeg, to wyrastające, wapienne klify. Teren robi się płaski, całkowicie pokryty lasem. Zatrzymujemy się o 17:30 odpocząć na brzegu Łozwy. Dzisiaj nasz pierwszy nocleg w namiocie. Chłopcy zajmują się piecykiem i szyciem zasłon. Niektóre rzeczy zrobione, inne nie, siadamy do kolacji. Później siedzimy wokół ogniska i śpiewamy radosne piosenki. Zina próbuje nauczyć się grać na mandolinie pod kierunkiem naszego muzyka Rustika (Rustem Słobodin). Później kontynuujemy rozmowy, głównie o miłości. Pomyśleliśmy, że przydałby się nam osobny zeszyt na nasze przemyślenia, kiedy komuś coś przychodzi do głowy. Po rozmowach zaczęliśmy wchodzić dwójkami do namiotu. Podwieszony piecyk bucha żarem i rozdziela namiot na dwa przedziały. Dalsza część jest zajęta przeze mnie i Zinę. Nikt nie chce spać przy piecyku. Ustaliliśmy, że Jurka Kri (Jurij Kriwoniszczenko) będzie tam spał. Po drugiej stronie będzie spała osoba pełniąca wartę (Sasza Kolewatow). Jurka nie mógł znieść ciepła i po 1-2 minutach przeniósł się do dalszego przedziału straszliwie przeklinając i oskarżając nas o zdradę. Później wciąż się o coś kłócili przez długi czas, ale w końcu bylo cicho.

Ljudmiła Dubinina (wpis w oryginale nie był podpisany ale nie trudno się domyślić to go sporządził)


Czwartek - 29/01/1959

Aleksandr Kolewatow, Nikołaj Thibeaux-Brignolle.

Dzień drugi kiedy idziemy na nartach. Szliśmy od rzeki Łozwy do rzeki Auspii. Idziemy tropem Mansi. Pogoda jest dobra -13 stopni C. Wiatr słaby. Na Łozwie jest dużo lodu. To wszystko.

(Nikołaj Thibeaux-Brignolle)


Piątek - 30/01/1959

Symbole na drzewie sfotografowane przez Diatłowców.

Dziś jest trzecia zimna noc pod namiotem, nad brzegiem rzeki Auspii. Nasz piecyk działa świetnie. Niektórzy (Thibeaux i Kriwoniszczenko) myślą o skonstruowaniu parowego ogrzewania namiotu. Jednak nasze proste podwieszenie jest w pełni uargumentowane. Wstajemy o 8:30. Po śniadaniu idziemy wzdłuż rzeki Auspii, ale ponownie kruchy lód nie daje nam poruszać się do przodu. Zeszliśmy na brzeg rzeki, idziemy śladami jelenia. W połowie drogi znaleźliśmy wiatę (stojankę) Mansów. Tak... Mansowie, Mansowie, Mansowie. To słowo coraz częściej pada z naszych ust podczas rozmów. Mansowie to ludzie północy. Mała ludność Chanty-Mansyjsk zlokalizowana w Salehardzie z ośmiotysięczną populacją. Bardzo interesujący i niepowtarzalni ludzie, którzy zamieszkują Ural północny blisko obwodu tiumeńskiego. Mają swój pisany język i często zostawiają oznaczenia na drzewach lasów.

Autor wpisu nieznany


Piątek - 30/01/1959

Silny wiatr, okolice doliny rzeki Auspii.

Pogoda:
Temperatura rano -17 stopni C.
W ciągu dnia -13 stopni C.
Wieczorem -26 stopni C.
Wiatr jest silny, południowo-zachodni, zaczyna padać śnieg, chmury są gęste, spadek temperatury, jest teraz typowa dla Uralu północnego.
Opowieść o lesie. Znaki Mansów (lokalnego ludu koczowniczego) mówią o zwierzętach, które napotkali, miejscach w których odpoczywali i innych rzeczach.
Rozszyfrowanie ich symboli jest szczególnie interesujące dla turystów i historyków.
Ślady jelenia stały się coraz bardziej zadeptane, a potem się skończyły. Marsz dziewiczym szlakiem jest bardzo trudny, śnieg jest głęboki na 120 cm. Las robi się coraz rzadszy, a drzewa mniejsze. Dużo karłowatych brzóz i sosen. Po rzece nie da się chodzić... nie jest kompletnie zamrożona. Pod śniegiem jest lód i woda. Musimy wrócić na brzeg rzeki. Dzień się kończy, musimy znaleźć miejsce na biwak, przystanek na noc. Wieje silny zachodni wiatr. Zdmuchuje śnieg z sosen i cedrów i stwarza wrażenie padającego z nieba śniegu. Jak zwykle szybko rozpalamy ognisko, rozkładamy namiot na gałęziach jodły (dla celów termoizolacji). Ogrzewani przez piecyk idziemy spać.

Autor wpisu nieznany


Sobota - 31/01/1959

Igor Diatłow dyskutujący z Siemionem Zołotariowem.

Dzisiaj pogoda jest trochę gorsza, wiatr zachodni, pada śnieg (z sosen), niebo jest czyste.
Wyruszyliśmy relatywnie wcześnie (około 10). Podążamy szlakiem Mansów, który został niedawno przecięty przez szlak łowcy jeleni. Wczoraj natrafiliśmy na miejsce jego odpoczynku. Jeleń nie zaszedł wiele dalej. Łowca nie podążał utartym szlakiem, a my jesteśmy teraz na jego kursie.
Dzisiaj był wyjątkowo dobry nocleg, ciepło i sucho (w namiocie) pomimo niskiej temperatury (od -18 do -24 stopni C).
Marsz jest dzisiaj szczególnie trudny. Widoczność słaba. Czasami nie widać szlaku i idziemy po omacku. W takich warunkach przechodzimy 1,52 km na godzinę.
Opracowujemy nowe metody marszu. Najpierw jedna osoba zostawia plecak i idzie 5 minut, później wraca i odpoczywa 10-15 minut, a następnie dogania całą grupę. W taki sposób mamy cały czas utorowany szlak. Przemierzanie szlaku z pełnym plecakiem po świeżym śniegu jest bardzo trudne.
Stopniowo opuszczamy dolinę Auspii, widoczne podwyższenie terenu, raczej łagodne. Coraz mniej jodły, a więcej rzadkiej brzozy.
Wychodzimy na granicę drzew. Wiatr zachodni, ciepły, przeszywający. Prędkość wiatru podobna do tej powstającej w wyniku startu samolotu. Duże, otwarte przestrzenie. O labazie (labaz to skład z prowiantem, który Ditłowcy przygotowali, żeby odciążyć plecaki podczas ataku na szczyt Otorten. Zostawili tam około 50 kg swojego bagażu) nawet nie chcę wspominać.
Jest godzina 16.
Musimy zacząć szukać miejsca gdzie rozłożymy namiot. Zejdziemy w dół doliny Auspii. To mocno zaśnieżone miejsce. Wiatr nie jest tam mocny, pokrywa śnieżna 1,22 cm.
Zatrzymaliśmy się, zmęczeni przygotowujemy się do noclegu. Mało drewna na opał. Kruchy wilgotny świerk. Ognisko zapaliliśmy na drewnie. Nie chciało nam się kopać dziury. Kolacja w namiocie. Ciepło.
Trudno wyobrazić sobie taki komfort gdzieś w pasmie górskim, z przeszywającym wiatrem, setki kilometrów od cywilizacji.

Igor Diatłow