Dzienniki podróżnicze

O dziennikach

W grupie Igora Diatłowa prowadzony był dziennik wyprawy, dzięki któremu znamy dokładny przebieg wydarzeń, aż do dnia poprzedzającego tragedię. Osobne, prywatne dzienniki prowadzili także Kołmogorowa, Dubinina, Zołotariow oraz Kolewatow jednak  los jego dziennika jest na nieznany. Grupa wyruszyła ze Świerdłowska po południu w piątek 23 stycznia 1959 roku. Spali w pociągu. Do Sierowa dojechali około 7 rano. Po wizycie w szkole wyruszyli do wioski Wiżaj, gdzie dotarli o 24 i przenocowali w gościńcu. O 13 wynajmują transport ciężarówką GAZ-63 do osady drwali nazywanej sektorem 41 (dotarli tam o 16), gdzie nocują. Wyruszają następnego dnia po południu i nocują w drugiej północnej osadzie geologów. Następnie cztery zimne noclegi w namiocie i ostatni, siódmy na Przełęczy Diatłowa. Pomimo ostrego mrozu, nie rozpalili piecyka podczas ostatniej nocy choć mieli przygotowane drewno na opał. Poniżej znajduje się przetłumaczony z j.rosyjskiego na j.polski, ogólny dziennik podróżniczy Diatłowców.

Piątek – 23/01/1959

Tak, znowu wyprawa! Obecnie siedzimy w pokoju numer 531, a dokładniej to w szaleńczym tempie pakujemy do plecaków płatki owsiane, puszki i konserwy. Dyżurny patrzy i sprawdza, czy wszystko wzięliśmy. Gdzie są moje walonki (walonki to tradycyjne, rosyjskie, ciepłe obuwie zimowe)? J.K. (Jurij Kriwoniszczenko), czy będziemy grać na mandolinie w pociągu? Oczywiście! Zapomnieliśmy soli. Trzy kilogramy. Igor! Gdzie jesteś? Gdzie jest Doroszenko? Dlaczego nie zabiera dwudziestu paczek? Dajcie piętnaście kopiejek! Waga, gdzie jest waga? Nie wchodzi, czort! Kto ma nóż? Weszło to, to tamto też wejdzie. Juri, weź to na dworzec. Przyszedł Slavka Halizov. Cześć, cześć! Daj piętnaście kopiejek! Ljuda liczy pieniądze. W pokoju panuje artystyczny nieład. No i jesteśmy w pociągu! Śpiewamy dużo, dużo piosenek. Nowych, wyuczonych. Wszyscy rozchodzą się na swoje miejsca już o 3 w nocy. Zastanawiam się, co nas czeka podczas tej wyprawy, czy wydarzy się coś nowego? Tak, chłopcy przysięgli, że nie będą palili podczas całej wyprawy. Jestem ciekawa jak długo wytrzymają. Wszyscy układają się do snu, a za oknami wstaje uralska tajga.

Zina Kolmogorowa

Sobota – 24/01/1959

7:00 – dojechaliśmy do Sierowa. Jechaliśmy razem z grupą Blindowa. Mają sprzęt do polowań. Na dworcu spotkał nas koszmar. Nie wpuścili nas do poczekalni, a milicjant patrzył się podejrzliwie. W mieście spokojnie. Tak właśnie jak powinno być w komunizmie. Kriwo zaczął śpiewać. W jeden moment schwytali go i zabrali. Sierżant przypomniał obywatelowi Kriwoniszczenko, że paragraf trzeci zabrania jakiejkolwiek aktywności zakłócającej spokój pasażerów na dworcu. Musieliśmy skończyć ze śpiewaniem. Z Sierowa do Ivdiel wyruszamy o 18:30. W szkole przy dworcu przywitali nas i ugościli bardzo ciepło. Dyżurna, która jest także dozorczynią, zagotowała dla nas wody i pomogła nam ze wszystkim w czym mogła, żeby przygotować nas do podróży. Mamy cały dzień wolny. Chcemy iść do miasta zobaczyć muzeum przyrodnicze albo zwiedzić fabrykę, ale za dużo czasu poświęciliśmy na szykowanie sprzętu i czyszczenie go. 12:00 – 14:00 w szkole, w przerwie między pierwszą a drugą zmianą zorganizowaliśmy spotkanie z uczniami. Przyszło ich dużo… bardzo dużo… i wszyscy tacy ciekawscy. Zołotariow: „Dzieci… my Wam teraz opowiemy… turystyka jest… daje duże możliwości…”. Wszyscy siedzą cicho, słuchają i boją się. Zina Kolmogorowa: „Tra ta ta ta… jak masz na imię? Gdzie byłaś? Świetnie! Zuchy! Mieszkali w namiotach! I tak dalej i tak dalej. Pytania się nie kończyły… Musieliśmy pokazać wszystko każdemu dziecku od latarki po namiot. Zajęło to nam dwie godziny, a i tak dzieci nie chciały nas wypuścić! Śpiewały piosenki. Na dworcu żegnała nas cała szkoła. Wszystko skończyło się jak wyjeżdżaliśmy. Dzieci płakały i błagały Zinę, żeby z nimi została. Obiecały zachowywać się i uczyć dobrze. W wagonie pewien pijany młodzieniec oskarżył nas o kradzież gorzałki z jego kieszeni. Po raz drugi tego dnia mieliśmy do czynienia z milicją. Dyskusja o miłości została poruszona przez Zinę Kolmogorową. Przegląd pieśni. Dubinina pod siedzeniem, czosnek z chlebem bez wody i około 24 dojechaliśmy do Ivdiel. Bardzo duża poczekalnia. Pełna swoboda działania. Zmienialiśmy warty całą noc. Autobus do Wiżaju rusza wcześnie rano.

Jurij Judin

Poniedziałek – 26/01/1959

Spaliśmy w tak zwanym hotelu. Po dwie osoby na łóżku. Sasza K. (Aleksander Kolewatow) i Kriwo (Jurij Kriwoniszczenko) spali na podłodze pomiędzy łóżkami. Wstaliśmy o 9:00 rano. Wszyscy spali dobrze pomimo faktu, że zostawiliśmy otwarte okno i w pokoju zrobiło się chłodno. Temperatura na zewnątrz -17 stopni C.
Rano nie gotowaliśmy wody. Drewno było wilgotne. Wieczorem zagotowanie wody zajęło nam 6 godzin. Na śniadania zjedliśmy gulasz i wypiliśmy herbatę w jadalni.
Kiedy podali nam chłodną herbatę, Gosja (Igor) Diatłow powiedział, uśmiechając się: „Jeśli herbata jest chłodna, to wypij ją na ulicy to będzie ciepła”. Oryginalna myśl.
Dogadaliśmy się i do sektora 41 jedziemy ciężarówką. Wyjechaliśmy o 13:10, dotarliśmy o 16:30. Nieźle zmarzliśmy jadąc na kipie GAZa-63.
Kiedy jechaliśmy, śpiewaliśmy piosenki, rozmawialiśmy o miłości, przyjaźni, problemach i leczeniu raka.
W sektorze 41 zostaliśmy przywitani gorąco, dostaliśmy osobny pokój w kwaterze. Dużo rozmawialiśmy z miejscowym pracownikami (drwalami). Pamiętam dokładnie jednego, rudobrodego. „Broda” – tak go nazywali jego towarzysze.
„Ogniew” to stary przyjaciel. Jest opisany w prywatnym pamiętniku Ljudmiły Dubininy.
Obiad został podany, zjedliśmy go i teraz odpoczywamy. Podzieliliśmy się na dwi grupy. Jedni oglądają film w sąsiednim pokoju, a drudzy siedzą na plecakach i sprawdzają. Rustik (Rustem Słobodin) gra na mandolinie i rozmawia z Koliją (Nikołaj Thibeaux-Brignolle), a ja w ten czas sprawdzę swój sprzęt.

Jurij Kriwoniszczenko

Poniedziałek – 26/01/1959

Nie mogę. Chociaż próbowałem.

Nikołaj Thibeaux-Brignolle

Wtorek – 27/01/1959

Pogoda była dobra. Wiatr powinien wiać w plecy. Dogadaliśmy się z miejscowymi, że do drugiej północnej osady dowiozą nasze plecaki na saniach, konno. Z 41 sektora tam, są 24 kilometry. Pomogliśmy dziadkowi Sławie rozrzucić siano i czekaliśmy na konia (Sława poszedł po więcej siana i drewna). Czekaliśmy cztery godziny. Zaczęliśmy śpiewać piosenki. Jeden chłopak śpiewał pięknie. Usłyszeliśmy kilka piosenek, za które można iść do więzienia (artykuł 58 – zbrodnie kontrrewolucyjne). Ogniew powiedział Igorowi jak znaleźć chatę, w której możemy spędzić noc. Wyruszyliśmy o 16:00. Wcześniej kupiliśmy cztery bochenki chleba. Miękki, ciepły chleb. Dwie sztuki zjedliśmy. Koń jest bardzo powolny. Co za ulga iść bez plecaków. Poruszamy się z prędkością 8 kilometrów na dwie godziny (rzeka Uszma). Robi się ciemno. Przez konia idziemy bardzo wolno. Jurij Judin jedzie z nami. Zachorował i nie może iść z dalej. Chce zebrać trochę minerałów na Uniwersytet i zawrócić. 2-ga północna to opuszczona, geologiczna osada z 20-25 domami. Tylko jeden nadaje się do życia. Późno w nocy, w kompletnej ciemności odnaleźliśmy wioskę i tę chatę. Rozpaliliśmy ognisko z desek. W kominku zadymiło. Kilka osób skaleczyło się o stare gwoździe. Wszystko w porządku. Oto i koń podszedł. Po kolacji w ciepłej chatce żartowaliśmy do 3 w nocy.

Doroszenko

Środa – 28/01/1959

Rano zbudził nas hałas Jurki Kri (Jurij Kriwoniszczenko) i Saszy Kolewatowa (Aleksander Kolewatow). Pogoda póki co się do nas uśmiecha. Na zewnątrz – 8 stopni C.
Śniadanie i czas na czele z Jurim Judinem, naszym inspektorem-geologiem, pójść poszukać lokalnych minerałów do kolekcji. Niczego z wyjątkiem pirytu (minerał żelaza z gromady siarczków) oraz żyły kwarcowej (kryształek górski) w skale nie udało się znaleźć. Dużo czasu zabrało ustawianie i woskowanie nart. Jurij Judin wraca dziś do domu. Szkoda, że nas zostawia. Szczególnie dla mnie i Ziny, ale nic nie poradzimy.
Zaczęliśmy o 11:45. Idziemy w górę rzeki Łozwy. Każdy toruje szlak przez 10 minut. Grubość śniegu w tym roku jest znacznie mniejsza niż w przeszłości. Często zatrzymujemy się i zeskrobujemy mokry śnieg ze spodu nart (ze ślizgu). Jurka Kri (Jurij Kriwoniszczenko) idzie z tyłu i szkicuje trasę. Brzeg rzeki w pobliżu 2-giej północnej (chodzi o osadę, gdzie nocowali), a w szczególności prawy brzeg, to wyrastające, wapienne klify. Teren robi się płaski, całkowicie pokryty lasem. Zatrzymujemy się o 17:30 odpocząć na brzegu Łozwy. Dzisiaj nasz pierwszy nocleg w namiocie. Chłopcy zajmują się piecykiem i szyciem zasłon. Niektóre rzeczy zrobione, inne nie, siadamy do kolacji. Później siedzimy wokół ogniska i śpiewamy radosne piosenki. Zina próbuje nauczyć się grać na mandolinie pod kierunkiem naszego muzyka Rustika (Rustem Słobodin). Później kontynuujemy rozmowy, głównie o miłości. Pomyśleliśmy, że przydałby się nam osobny zeszyt na nasze przemyślenia, kiedy komuś coś przychodzi do głowy. Po rozmowach zaczęliśmy wchodzić dwójkami do namiotu. Podwieszony piecyk bucha żarem i rozdziela namiot na dwa przedziały. Dalsza część jest zajęta przeze mnie i Zinę. Nikt nie chce spać przy piecyku. Ustaliliśmy, że Jurka Kri (Jurij Kriwoniszczenko) będzie tam spał. Po drugiej stronie będzie spała osoba pełniąca wartę (Sasza Kolewatow). Jurka nie mógł znieść ciepła i po 1-2 minutach przeniósł się do dalszego przedziału straszliwie przeklinając i oskarżając nas o zdradę. Później wciąż się o coś kłócili przez długi czas, ale w końcu bylo cicho.

Ljudmiła Dubinina (wpis w oryginale nie był podpisany ale nie trudno się domyślić to go sporządził)

Czwartek – 29/01/1959

Dzień drugi kiedy idziemy na nartach. Szliśmy od rzeki Łozwy do rzeki Auspii. Idziemy tropem Mansi. Pogoda jest dobra -13 stopni C. Wiatr słaby. Na Łozwie jest dużo lodu. To wszystko.

(Nikołaj Thibeaux-Brignolle)

Piątek – 30/01/1959

Dziś jest trzecia zimna noc pod namiotem, nad brzegiem rzeki Auspii. Nasz piecyk działa świetnie. Niektórzy (Thibeaux i Kriwoniszczenko) myślą o skonstruowaniu parowego ogrzewania namiotu. Jednak nasze proste podwieszenie jest w pełni uargumentowane. Wstajemy o 8:30. Po śniadaniu idziemy wzdłuż rzeki Auspii, ale ponownie kruchy lód nie daje nam poruszać się do przodu. Zeszliśmy na brzeg rzeki, idziemy śladami jelenia. W połowie drogi znaleźliśmy wiatę (stojankę) Mansów. Tak… Mansowie, Mansowie, Mansowie. To słowo coraz częściej pada z naszych ust podczas rozmów. Mansowie to ludzie północy. Mała ludność Chanty-Mansyjsk zlokalizowana w Salehardzie z ośmiotysięczną populacją. Bardzo interesujący i niepowtarzalni ludzie, którzy zamieszkują Ural północny blisko obwodu tiumeńskiego. Mają swój pisany język i często zostawiają oznaczenia na drzewach lasów.

Autor wpisu nieznany

Piątek – 30/01/1959

Pogoda:
Temperatura rano -17 stopni C.
W ciągu dnia -13 stopni C.
Wieczorem -26 stopni C.
Wiatr jest silny, południowo-zachodni, zaczyna padać śnieg, chmury są gęste, spadek temperatury, jest teraz typowa dla Uralu północnego.
Opowieść o lesie. Znaki Mansów (lokalnego ludu koczowniczego) mówią o zwierzętach, które napotkali, miejscach w których odpoczywali i innych rzeczach.
Rozszyfrowanie ich symboli jest szczególnie interesujące dla turystów i historyków.
Ślady jelenia stały się coraz bardziej zadeptane, a potem się skończyły. Marsz dziewiczym szlakiem jest bardzo trudny, śnieg jest głęboki na 120 cm. Las robi się coraz rzadszy, a drzewa mniejsze. Dużo karłowatych brzóz i sosen. Po rzece nie da się chodzić… nie jest kompletnie zamrożona. Pod śniegiem jest lód i woda. Musimy wrócić na brzeg rzeki. Dzień się kończy, musimy znaleźć miejsce na biwak, przystanek na noc. Wieje silny zachodni wiatr. Zdmuchuje śnieg z sosen i cedrów i stwarza wrażenie padającego z nieba śniegu. Jak zwykle szybko rozpalamy ognisko, rozkładamy namiot na gałęziach jodły (dla celów termoizolacji). Ogrzewani przez piecyk idziemy spać.

Autor wpisu nieznany

Sobota – 31/01/1959

Dzisiaj pogoda jest trochę gorsza, wiatr zachodni, pada śnieg (z sosen), niebo jest czyste.
Wyruszyliśmy relatywnie wcześnie (około 10). Podążamy szlakiem Mansów, który został niedawno przecięty przez szlak łowcy jeleni. Wczoraj natrafiliśmy na miejsce jego odpoczynku. Jeleń nie zaszedł wiele dalej. Łowca nie podążał utartym szlakiem, a my jesteśmy teraz na jego kursie.
Dzisiaj był wyjątkowo dobry nocleg, ciepło i sucho (w namiocie) pomimo niskiej temperatury (od -18 do -24 stopni C).
Marsz jest dzisiaj szczególnie trudny. Widoczność słaba. Czasami nie widać szlaku i idziemy po omacku. W takich warunkach przechodzimy 1,52 km na godzinę.
Opracowujemy nowe metody marszu. Najpierw jedna osoba zostawia plecak i idzie 5 minut, później wraca i odpoczywa 10-15 minut, a następnie dogania całą grupę. W taki sposób mamy cały czas utorowany szlak. Przemierzanie szlaku z pełnym plecakiem po świeżym śniegu jest bardzo trudne.
Stopniowo opuszczamy dolinę Auspii, widoczne podwyższenie terenu, raczej łagodne. Coraz mniej jodły, a więcej rzadkiej brzozy.
Wychodzimy na granicę drzew. Wiatr zachodni, ciepły, przeszywający. Prędkość wiatru podobna do tej powstającej w wyniku startu samolotu. Duże, otwarte przestrzenie. O labazie (labaz to skład z prowiantem, który Ditłowcy przygotowali, żeby odciążyć plecaki podczas ataku na szczyt Otorten. Zostawili tam około 50 kg swojego bagażu) nawet nie chcę wspominać.
Jest godzina 16.
Musimy zacząć szukać miejsca gdzie rozłożymy namiot. Zejdziemy w dół doliny Auspii. To mocno zaśnieżone miejsce. Wiatr nie jest tam mocny, pokrywa śnieżna 1,22 cm.
Zatrzymaliśmy się, zmęczeni przygotowujemy się do noclegu. Mało drewna na opał. Kruchy wilgotny świerk. Ognisko zapaliliśmy na drewnie. Nie chciało nam się kopać dziury. Kolacja w namiocie. Ciepło.
Trudno wyobrazić sobie taki komfort gdzieś w pasmie górskim, z przeszywającym wiatrem, setki kilometrów od cywilizacji.

Igor Diatłow